Zamek w Osace i japońskie theraflu

Zamek w Osace i japońskie theraflu

To już chyba tradycja, że nasze wojaże nieodłącznie związane są z różnego rodzaju przeziębieniami czy wirusami. Chociaż wydawało się, że mamy dobrą passę i wszystko idzie zgodnie z planem, niestety i na tym wyjeździe nas dopadło. Od dwóch dni Tosia miała katarek, dzisiaj wydaje się już czuć lepiej, ale za to my obudziliśmy się z katarem i bólem gardła. Nie chcąc jednak tracić dnia, postanowiliśmy zobaczyć co nieco w okolicy. Zaczęliśmy od spaceru do pobliskiej, maleńkiej świątyni Hozen-ji, która słynie z porośniętej mchem figury kami Mizukake Fudo. Świątynia zajmuje stosunkowo niedużą przestrzeń, w rezultacie była zatłoczona, a zapach palonych kadzidełek był bardzo intensywny, więc nie zabawiliśmy tam długo.

Następnie udaliśmy się metrem do chyba jedynej w tym mieście zabytkowej atrakcji, jaką jest Zamek Osaka. W pewnym momencie był to największy zamek w kraju, jednak obecnie znajduje się tam jedynie rekonstrukcja murów obronnych i wieży tenshu, która została zagospodarowana jako historyczne muzeum tego miejsca. Z balkonu znajdującego się na ósmym piętrze zamku rozpościera się piękny widok na okolicę, w tym otaczający zamek park i ogród.

W okolicy zamku pewna pani postanowiła wyprowadzić żółwie na spacer, co bardzo zainteresowało Tosię.

Po wizycie w zamku opadliśmy z sił, więc postanowiliśmy wrócić do hotelu. Adrian poszedł jeszcze do apteki, żeby zakupić leki na przeziębienie, a następnie pobuszować w pobliskich sklepach z elektroniką. Po krótkiej drzemce wybraliśmy się jeszcze na degustację japońskich herbat w hotelowej kawiarni, a następnie Tosia doczekała się w końcu wizyty w pokoju zabaw, który mijamy za każdym razem w drodze pomiędzy windami a naszym pokojem.