Ciągle pada… w Hakone!

Ciągle pada… w Hakone!

Nie mogliśmy dzisiaj poleniuchować, gdyż w ryokanie panują dosyć restrykcyjnie zasady co do godzin spożywania posiłków. Zamówiliśmy śniadanie najpóźniej jak było to możliwe, czyli na 8… Śniadanie, podobnie jak wczorajszą kolację, podano nam w naszym pokoju, więc przemila, starsza pani już od około 7:30 krzątała się w okolicy. Śniadanie było smaczne i pożywne, jednak nie potrafilibyśmy nazwać wszystkich jego elementów. Z całym przekonaniem możemy powiedzieć, że jednym z nich był biały ryż bez żadnych dodatków, którym Tosia się delektuje od początku wyjazdu. Była też między innymi wędzona rybka czy kawałek melona, którego ku naszej uciesze Tosia zgodziła się również sprobować.

Po śniadaniu wyruszyliśmy na zwiedzanie Hakone, które przemierzyliśmy wszelkimi dostępnymi tu środkami transportu publicznego, a jest ich niemało! Zaczęliśmy od podróży pociągiem, którym dojechaliśmy aż pod stację kolejki torowej, poruszającej się po górskiej, bardzo stromej ścieżce. Hakone jest terenem bardzo górzystym, więc już od początku naszej dzisiejszej wyprawy, mieliśmy piękne widoki.

Następnie, mimo oporów Adriana, przesiedliśmy się w kolejkę linową, którą dotarliśmy do doliny Owakudani.

Jak widać na powyższych zdjęciach, Adrian nie był zadowolony z tego środka transportu i ciągle powtarzał, że robi to tylko z miłości do mnie, chociaż wtedy nie wiedział, że najgorszy etap podróży jeszcze przed nami. Niestety pogoda dzisiaj nie dopisała, było nie tylko deszczowo, ale rownież mgliście, więc widoczność była bardzo ograniczona.

Z doliny Owakudani w pogodny dzień można podziwiać piękne widoki, przy dużym szczęściu, dostrzec można nawet górę Fuji. Przy naszym szczęściu dostrzegliśmy jedynie ogrom mgły, za to najgorszym aspektem pobytu tam był intensywny, szczypiący w oczy i powodujący ból głowy zapach siarki, który my określiliśmy mianem smrodu zgniłego jaja. Podsumowując więc, pięknych widoków zero, góry Fuji zero, za to smrodu pod dostatkiem.

Warto dodać, że Owakudani jest doliną wulkaniczną, która powstała wokół krateru wulkanu, po jego wybuchu około 3000 lat temu. Jest to teren wciąż aktywny sejsmicznie, w obrębie którego występują gorące źródła, ale również właśnie opary siarki. Jako że nie jesteśmy ludźmi szczególnie odpornymi na przykre zapachy, co zresztą widać po naszych minach na większości powyższych zdjęć, wyskoczyliśmy tylko pstryknąć kilka fotek i czym prędzej uciekliśmy do budynku stacji kolejki, gdzie Tosia zażyczyła sobie jeszcze zabaweczkę z automatu, dokładnie wskazując którą.

Nie zdążyliśmy nawet znaleźć kuro tamago, czyli czarnych jajek, nad czym ubolewamy, bo podobno zjedzenie jednego takiego jajka wydłuża życie o siedem lat😉. Jajka te gotowane w tamtejszych gorących źródłach zyskują czarny kolor, jednak wewnątrz są podobno białym ugotowanym na twardo jajem o doskonale znanym nam smaku.

Kolejnym celem naszej dzisiejszej wycieczki było jezioro Ashi, gdzie zjechaliśmy kolejką linową. Na stacji znaleźliśmy uroczą restaurację z widokiem na jezioro, gdzie posililiśmy się i chwilę odpoczęliśmy.

Następnie udaliśmy się w rejs statkiem na drugą stronę jeziora, podziwiając przepiękne widoki, które wprawiły nas w wyśmienity nastrój. Tosia natomiast najpierw zachwyciła się armatą stanowiącą dekorację statku, a później opadła z sił i zasnęła w wózeczku.

Po dotarciu na ląd, wyruszyliśmy w dalszą trasę, najpierw autobusem, a później spacerem, pod słynną bramę Torii w Hakone. Torii jest tradycyjną japońską bramą, znajdującą się w szczególności przy wejściu do świątyni Shinto lub wewnątrz niej, symbolizując przejście od przyziemnych spraw do świętości. Generalnie bramy Torii są często spotykane w Japonii, jednak niektóre, z uwagi na ich położenie i otaczający je krajobraz, cieszą się większą popularnością wśród turystów. Tak też jest z bramą, pod którą dzisiaj się wybraliśmy. Po czekaniu w kolejce około 15 minut na możliwość zrobienia sobie zdjęcia pod samą bramą i perspektywą kolejnych 30 minut oczekiwania, postanowiliśmy nieco zboczyć z głównej ścieżki i zrobić sobie zdjęcie bramy od innej strony.

W drodze powrotnej złapał nas większy deszcz i wiatr, więc weszliśmy do pierwszej lepszej knajpki, żeby się ogrzać i posilić. Tym razem mieliśmy jednak szczęście i trafiliśmy na pyszne azjatyckie pierożki, którymi zajadała się nawet Tosia, a trzeba przyznać, że jest to wyczyn, bo w Japonii dotychczas tak naprawdę smakował jej tylko biały ryż… Zanim zdążyłam zrobić zdjęcie, został już tylko jeden pierożek.

Najgorszym etapem naszej dzisiejszej wycieczki okazał się jednak powrót autobusem. Było to całkiem niespodziewane, zwłaszcza że Adrian już od wczoraj stresował się kolejką linową, przedstawiając jako świetną alternatywę właśnie autobus. Jego trasa jednak wiodła krętymi uliczkami z dużej wysokości, wewnątrz było duszno i tłoczno, a my z napełnionymi pierożkami brzuchami, nie czuliśmy się zbyt dobrze podczas tej półgodzinnej przejażdżki. Na szczęście Tosia nie narzekała i znów się nawet chwilę zdrzemnęła, a i nam udało się ostatecznie dojechać na miejsce z pierożkami nadal w brzuchach, choć nie było to łatwe!

Po powrocie mieliśmy dosłownie chwilę oddechu zanim rozpoczęto serwować nam kolację, która znowu była bardzo obfita. Ku naszemu zadowoleniu, podano nam ponownie wołowinę do przygotowania na rozgrzanym kamieniu, reszta dań była natomiast inna niż wczoraj, ale bazowały one głównie na rybach, owocach morza i tutejszych piklach.