Pierwszy dzień w Tokio
Do Tokio przylecieliśmy około godziny 14 (7 rano czasu polskiego), po czym musieliśmy przejść kontrolę celną, przetrwać długie oczekiwanie na bagaż i dotrzeć z lotniska do mieszkania, co łącznie zajęło nam prawie 3 godziny. Dodając do tego nieprzespaną noc w samolocie, jet laga oraz poczucie, ze właśnie ukradziono nam 7 godzin życia i związaną z tym dezorientację, do mieszkania dotarliśmy wykończeni. Dodatkowo Tokio przywitało nas deszczem i dość silnym wiatrem, więc poczucie frustracji narastało. Punkt kulminacyjny osiągnęło natomiast, kiedy wyszliśmy coś zjeść i przechadzając się w deszczu w poszukiwaniu - jak przystało na turystów, którzy chcą doświadczać różnych aspektów odwiedzanego miejsca - tradycyjnej japońskiej restauracji, trafiliśmy do lokali, w których już od wejścia czuć było unoszący się w powietrzu dym papierosowy, a po chwili można było dostrzec jego źródła - siedzących przy stolikach gości palących papierosy tuż nad posiłkami. Jak się później okazało miejsca te nazywane izakaya są właśnie tradycyjnymi japońskimi restauracjami, w których palenie papierosów jest dozwolone. Nie słyszeliśmy o nich wcześniej, a zdziwiło nas to tym bardziej, że palenie na ulicy jest tutaj zabronione (jest możliwe jedynie w specjalnie oznaczonych i wydzielonych do tego miejscach), a nietaktem jest nawet jedzenie na ulicy, więc nie spodziewaliśmy się, że w małych, zamkniętych pomieszczeniach palenie będzie na porządku dziennym. Na szczęście jednak w innych lokalach palić nie wolno.
Tak więc zmęczeni, sfrustrowani i do tego jeszcze głodni wróciliśmy do mieszkania i po nakarmieniu Tosi przywiezionym z domu gerberkiem, Adrian wyskoczył zakupić nam tradycyjne, japońskie jedzenie z … McDonalds…
Nie trzeba chyba dodawać, że pierwszy dzień w Tokio delikatnie mówiąc nas nie zachwycił. Obie z Tosieńka wyczerpane do granic możliwości padłyśmy bardzo szybko. Ja wytrzymałam trochę dłużej, ale i tak już o godzinie 21 czasu lokalnego (a więc 14 w Polsce) smacznie spałam. Adrian, niesiony ekscytacją związaną ze spełnianiem swojego największego podróżniczego marzenia wykrzesał jeszcze trochę sił i przeszedł się chwilę po mieście, ale po godzinie chrapał już obok mnie.