Ogrody, ogrody i jeszcze raz ogrody!

Ogrody, ogrody i jeszcze raz ogrody!

Kolejny dzień w Tokio za nami i można powiedzieć, że wszystkie najważniejsze punkty z listy „koniecznie zobaczyć w Tokio” mamy już odhaczone, co nie znaczy, że nie czeka nas już tu nic ciekawego. Wręcz przeciwnie, ale o tym jutro.

Pierwszym przystankiem był dla nas dzisiaj ogród Shinjuku Gyoen National Garden, który znajduje się w naszej dzielnicy, piętnaście minut piechotą od naszego mieszkania. Jest to ogromy park w centrum miasta, otoczony wieżowcami, który od razu skojarzył się nam z Central Parkiem w Nowym Jorku, w którym co prawda nie mieliśmy jeszcze okazji być, ale kojarzymy go z różnych filmów czy zdjęć. Park zrobił na nas dobre wrażenie, chociaż nie trafiliśmy najlepiej, gdyż trwały akurat jakieś prace związane z usuwaniem drzew, co generowało duży hałas. Ponadto w połowie spaceru złapał nas deszcz i musieliśmy przeczekać go w altankach, a później chodzić po parku w deszczówkach. Generalnie jednak park jest ładny i zadbany, nawet publiczne toalety są w nim czyste i przestronne.

Następnie dojechaliśmy metrem do Dworca Tokio, który został wybudowany w 1914 roku i zachował swój zabytkowy charakter, co w ciekawy sposób kontrastuje z nowoczesnym otoczeniem dzielnicy Chiyoda, w której się znajduje.

Niedaleko Dworca Tokio znajduje się Pałac Cesarski, który jednak nie jest dostępny dla zwiedzających, gdyż pozostaje miejscem zamieszkania cesarza i jego rodziny. Możliwe jest zwiedzanie bliższych okolic pałacu, ale wyłącznie z przewodnikiem w ściśle określonych dniach i godzinach, z czego nie skorzystaliśmy z uwagi na trudności w dopasowaniu naszego napiętego harmonogramu. Przed murami pałacu znajduje się jednak ogólnodostępny Kokyo Gaien National Garden.

Dla zwiedzających dostępne są rownież Wschodnie Ogrody Pałacu Cesarskiego, w których szczególne wrażenie na Tosi zrobiły karpie koi, pływające sobie w tamtejszym stawku.

Po wizycie we Wschodnich Ogrodach Pałacu Cesarskiego wróciliśmy do mieszkania, po czym Adrian udał się jeszcze raz do Akihabary, gdyż aparat, który wczoraj zakupił, popsuł się dosłownie po chwili od zakupu. Na szczęście sprzedawca był uczciwy i wymienił go na inny bez żadnego problemu. W Akihabarze Adrian trafił akurat na rajd gokartowy po ulicach Tokio w różnych strojach, często nawiązujących do gry Nintendo Mario Kart (w którą graliśmy wielokrotnie), co jest tu również dużą atrakcją.

No a co my tu właściwie jemy? Przed przyjazdem do Tokio dużo się nasłuchaliśmy i naczytaliśmy, że wystarczy wejść do pierwszej lepszej restauracji, żeby dostać dobrej jakości japońskie jedzenie. Niestety z naszych obserwacji wynika, że nie jest to wcale takie proste. W dużej mierze ma to zapewne związek z tym, że nie do każdej restauracji możemy pójść z Tosią, a wiele dobrych miejsc tutaj to naprawdę niewielkie lokale, w których często można usiąść jedynie na wysokich krzesłach przy barze, co dla nas oczywiście nie jest pożądanym rozwiązaniem. Kolejnym problemem jest to, że Tosia niechętnie próbuje nowych smaków i często gardzi zamawianymi dla niej daniami. Dzisiaj zdecydowaliśmy się więc pójść do chińskiej restauracji na prosty ryż z kurczakiem i Tosia zajadała się wręcz białym ryżem bez żadnych dodatków, a kawałeczek kurczaka spróbowała dopiero jak obiecaliśmy, że pokażemy jej zdjęcie babci i dziadzi, po czym cały czas chciała oglądać te zdjęcia i mocno protestowała, gdy próbowaliśmy zabrać telefon, co wskazuje, że bardzo tęskni. W sumie w restauracji zamówiliśmy dwa dania z kurczakiem, przy czym kelner uprzedził nas, że jedno z nich jest troszkę ostre. Wszyscy, którzy nas znają, wiedzą, że troszkę ostre nie robi na nas wrażenia. Ba! Zajadamy się nawet bardziej ostrymi daniami. Tutaj jednak mają chyba inna skalę ostrości, bo po zjedzeniu kilku kęsów drętwiały nam języki i wargi, więc żeby zjeść to danie, musieliśmy wygrzebać najpierw naprawdę wiele ostrych papryczek 😉.

Na koniec jeszcze wieczorny spacer do mieszkania z przystankiem przy głowie Godzilli.