Nijo, Nishiki i Pokemony
Dzisiaj rozpoczęliśmy dzień od odwiedzenia Zamku Nijo, należącego do zespołu zabytkowego dawnego Kioto, Uji i Otsu, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1994 roku. Był on siedzibą shogunów przez ponad 200 lat. Następnie, po upadku szogunatu, przekazany został Cesarzowi Meji i przez pewien czas pełnił funkcję pałacu cesarskiego, aby ostatecznie trafić do zasobów miasta Kioto, które umożliwiło jego zwiedzanie. Zamek Nijo spełniał również funkcje obronne i stanowił symbol militarnej potęgi rodu Tokugawa. Można zwiedzać go w środku, jednak przed wejściem konieczne jest ściągnięcie butów, jak również obowiązuje zakaz robienia zdjeć i nagrywania wideo. Na nas zdecydowanie większe wrażenie zrobiła zewnętrzna część zamku i piękne, otaczające go ogrody. Tosia z kolei najbardziej zachwycona była kamyczkami, które podnosiła i rzucała przed siebie.




































Z uwagi na pogorszenie się pogody i opady deszczu, musieliśmy nieco zmienić nasze plany i pomysleć o jakiejś atrakcji pod dachem. Nie ma ich jednak wiele na naszej liście w Kioto, toteż udaliśmy się do Nishiki Market, słynnego ponad 400-letniego japońskiego targu, na którym można zakupić wiele artykułów spożywczych, a także tradycyjne japońskie potrawy i pamiątki. Niestety na pomysł, aby właśnie tam schować się przed deszczem, wpadło wiele osób, co spowodowało, że zrobił się ogromny tłok, odbierający temu miejscu uroku. Udało nam się jednak skosztować kurczaka i batatów w tempurze oraz słynnej wołowiny kobe, która dosłownie rozpływa się w ustach, nie dziwi więc, że jest określana najlepszą wołowiną na świecie.












Po Kioto poruszaliśmy się dzisiaj tak, jak lubimy najbardziej, czyli pieszo, co nie zawsze było proste, ponieważ wiele uliczek tego miasta jest bardzo wąskich, bez chodników, z wydzielonymi jedynie pasami dla przechodniów i rowerów, które też są tutaj bardzo popularnym środkiem transportu. Na szczęście są też obszary z szerszymi ulicami i normalnymi chodnikami.







Kolejną atrakcją „pod dachem” na liście było Pokémon Center. I choć ja nigdy fanką Pokemonów nie byłam i średnia to była dla mnie atrakcja, to muszę przyznać, że moi towarzysze podróży bawili się tam przednio i zrobili konkretne zakupy. Nie obyło się oczywiście bez zakupów kulek z automatów, a Tosi wydawało się też, że gra w Pokemony i jakoś tak nie wyprowadzaliśmy jej z błędu, bo dobrze się przy tym bawiła.














Deszczowa aura nie pozwoliła nam na dalsze zwiedzanie, więc mimo początkowego entuzjazmu, musieliśmy na tym poprzestać z nadzieją, że jutro uda nam się zrealizować nieco więcej planów.