Nara

Nara

Dzisiaj wybraliśmy się do pobliskiego miasta o nazwie Nara. Miasto to było pierwszą stałą stolicą Japonii i siedzibą dworu cesarskiego. Po przeniesieniu stolicy do Kioto, stało się ważnym ośrodkiem klasztornym. Do dzisiaj w Narze znajduje się wiele świątyń. My zdecydowaliśmy się odwiedzić tylko jedną z nich, bo na trasie naszego zwiedzania do tej pory świątyń nie brakowało, a wstęp do nich zazwyczaj jest płatny. Oprócz świątyń, Nara słynie również z jeleni sika, które przechadzają się swobodnie po parkach przy nich położonych. Jelenie chętnie podchodzą do ludzi, oczekując od nich jedzenia. Ich przysmak, ryżowe krakersy, można zakupić na straganach przy parkach za 200 jenów (około 5,30 zł).

My kupiliśmy dwie paczki i poszliśmy karmić jelonki. Tosia ruszyła aż nadto entuzjastycznie i przewróciła się, raniąc sobie kolanko. Płacz był głośny, ale niedługi, bo obecność jelonków złagodziła ból.

Jelonki nauczyły się kłaniać, co zapewne zwiększa ich szanse na otrzymanie smakołyków.

Ponadto są bardzo nachalne i nie satysfakcjonuje ich jedynie porcja smakołyku. Kiedy zorientują się, że ktoś rozdaje jedzonko, to przybiegają i otaczają go. Kilka razy miały nad nami przewagę liczebną, próbowały też wyjadać nam smakołyki z wózka, sama raz zostałam przez nie otoczona i musiałam uciekać, co niezmiernie cieszyło Adriana.

Adrian śmieje się, że zwierzęta wyczuwają najsłabsze ogniwo, bo zazwyczaj gdy gdzieś jest okazja je karmić, to oblegają mnie, zmuszając do strategicznego wycofania się. Od razu przypomniały nam się wielbłądy z Fuerteventury czy kózki z naszego ostatniego wyjazdu na farmę lemurów pod Gdynią. Tak już mam, ale ja wolę myśleć, że wyczuwają po prostu dobre serce 😅.

Świątynia, którą zdecydowaliśmy się odwiedzić nosi nazwę Todai-ji i słynie z największego na świecie drewnianego posągu Wielkiego Buddy, który mierzy 16,2 m. Świątynia została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Po wizycie w świątyni przeszliśmy jeszcze obok jelonków, spotkaliśmy jelonka palacza, na obiad, który Tosia przespała zjedliśmy węgorza, więc śmiało możemy powiedzieć, że jesteśmy unagi niczym Ross Geller. Następnie wyruszyliśmy w godzinną podróż z powrotem do Kioto. Dziś czeka nas jeszcze pakowanie, bo jutro wyjeżdżamy do Osaki, gdzie czekają na nas kolejne atrakcje.