Kamyczki i schody, czyli świątynie Kioto
Dzisiejszy plan zwiedzania obfitował w świątynie. Okazało się, że należy wyjechać poza centrum Kioto, aby faktycznie się nim zachwycić i poczuć jego klimat. Chcąc dotrzeć do polecanych tutaj miejsc, musieliśmy więc wskoczyć w autobus i przejechać kilka przystanków, aby przekonać się o tym na własne oczy. Pierwszą i zarazem najbardziej spektakularną świątynią na naszej drodze była Kiyomizu-dera. Charakterystycznym jej elementem jest drewniany taras przed głównym pawilonem, który został zbudowany bez użycia gwoździ. Świątynia usytuowana jest na wzgórzu, z którego rozpościera się piękny widok z jednej strony na miasto, z drugiej zaś na tereny leśne.







































Następnie udaliśmy się do dzielnicy Gion, przemierzając słynną część dzielnicy Higashiyama, pełną krętych uliczek i drewnianej zabudowy tak charakterystycznych dla dawnego Kioto.


















Tak doszliśmy do świątyni Hokan-ji, będącej ostatnią pozostałością kompleksu świątynnego z VI wieku. Obecnie stanowi ona jedynie atrakcje turystyczną.







Po drodze trafiliśmy jeszcze do świątyni Kodai-ji, w ogrodach której znajduje się niewielki lasek bambusowy.









Dzielnica Gion to najsłynniejsza w Japonii dawna dzielnica gejsz. Nam nie udało się spotkać tam żadnej prawdziwej gejszy, jednak w rejonach, do których się dzisiaj udaliśmy, widzieliśmy wiele wypożyczalni kimon oraz kobiet, a także kilku mężczyzn przechadzających się w okolicy w kimonach, więc jest to swoista atrakcja tego miejsca.











Na koniec spaceru w tej okolicy trafiliśmy jeszcze do świątyni Yasaka.






Ostatnim celem naszego dzisiejszego zwiedzania była świątynia Fushimi Inari, do której musieliśmy dojechać metrem. Powstała ona jeszcze przed założeniem Kioto. Miejsce to słynie z około 10.000 bram Torii tworzących korytarz na zboczu góry Inari. My przeszliśmy jego znaczną część, jednak w pewnym momencie zaczęły się (dosłownie!) schody, więc przy tabliczce, że do końca zostało 25 minut drogi z dużą liczbą schodów, postanowiliśmy zawrócić. Droga powrotna również obfitowała w schody, jednak spotkaliśmy dwóch bardzo sympatycznych Meksykanów, którzy zaoferowali pomoc i umilili nam zejście rozmową.






























Nasz dzisiejszy maraton po świątyniach Kioto można uznać za udany, zwłaszcza, że pogoda dopisała i jedynie w drodze powrotnej złapał nas niewielki deszcz.

Każdy z nas ma swoje odczucia odnośnie zwiedzanych dzisiaj atrakcji, na Adrianie i na mnie największe wrażenie sprawiła Kiyomizu-dera, Tosi natomiast najbardziej podobały się kamyczki przed świątyniami oraz schody, które do nich prowadziły, a które tak dzielnie pokonywała.








