Electric Town
Dzisiaj przypada Dzień Chłopca i choć mój mąż na codzień jest dojrzałym, statecznym, kochającym i opiekuńczym mężczyzną, to cały czas ma w sobie coś z uroczego chłopca, więc co roku świętujemy ten właśnie dzień jako odpowiednik Dnia Kobiet. W tym roku nie musiałam się zbytnio natrudzić, żeby uczynić zadość temu pierwiastkowi chłopca, który w moim odczuciu mocno przyczynia się do tego, że mój mężczyzna jest tak wspaniałym mężem i ojcem. Jeśli bowiem jesteśmy w Tokio, to nie ma lepszego miejsca do świętowania Dnia Chłopca niż Akihabara, ale od początku...
Dzień zaczęliśmy od spaceru w ogrodach Rikugien, które mają podobny klimat do odwiedzonych przez nas wczoraj ogrodów Hamarikyu, są jednak mniejsze i brakuje w nich tego kontrastu z wielkimi wieżowcami, przez co nie robią aż takiego wrażenia. Takie miejsca są jednak niezwykle ważne na mapie Tokio, ogromnego miasta, w którym czas pędzi niezmiernie szybko, a każda jego dzielnica mogłaby tak naprawdę uchodzić za osobne miasto. Ogrody, w których można się wyciszyć i poobcować z naturą, cieszą się więc popularnością również wśród mieszkańców Tokio.



























Następnie udaliśmy się do wspomnianej już wcześniej Akihabary, dzielnicy określanej również mianem Electric Town. Nazwa ta jest nieprzypadkowa, gdyż znajduje się tam wiele sklepów z elektroniką (głównie używany sprzęt), ale również salonów gier, a także sklepów z komiksami, mangą i anime. Adrianuś spędził więc pół dnia w poszukiwaniu elektronicznych staroci i na graniu na automatach, a moim prezentem dla niego z okazji Dnia Chłopca było towarzyszenie mu i przede wszystkim powstrzymanie się od marudzenia czy poganiania. Hasał więc, ile chciał, nakupował gadżetów, a my z Tosią cierpliwie czekałyśmy aż będzie na tyle usatysfakcjonowany, że sam powie, iż czas do domu. Na szczęście doczekałyśmy się! Dotrzymując swojej obietnicy złożonej z okazji Dnia Chłopca, a jednocześnie nie chcąc skłamać, nie będę marudzić i na temat Akihabary powiem tylko tyle: nie moja bajka 😉. Nawet Adrian po zakończeniu zakupów stwierdził, mimo zadowolenia ze swoich zdobyczy, że czuje się mocno przebodźcowany.






























Na koniec dnia udaliśmy się na kolację do bardzo klimatycznej japońskiej restauracji, gdzie pierwszy raz skosztowaliśmy sake, które smakowało nam jak coś pomiędzy winem i nalewką. Zjedliśmy również bardzo dobre sushi, a do tego spróbowaliśmy węgorza w tempurze z dodatkami, do którego przyniesiono nam specjalną instrukcję jedzenia w języku angielskim. Obsługa była bardzo sympatyczna i chociaż nikt nie mówił tam po angielsku, to wszystko było zorganizowane w taki sposób, że bez problemu zamówiliśmy to, na co mieliśmy ochotę. Kiedy już zakończyliśmy jedzenie i uregulowaliśmy rachunek, manager sali zaprosił nas do zrobienia sobie zdjęcia przy wyjściu, a następnie odprowadził nas do windy i ukłonił się, pozostając w ukłonie a do czasu zamknięcia się drzwi windy.






